fbpx

Rozmowa z młodym introligatorem z Berlina




Marcin, jestem ciekawa Twojej historii. Opowiesz mi skąd się wzięła w Tobie chęć zostania introligatorem? Wydawałoby się, że to dość wymarły zawód, a przecież jesteś młodym chłopakiem. 

Pamiętam mały pokój i duży, kolorowy regał pełen rolek papieru. Miałem wtedy 14 lat i pomagałem czasem w pracy u jednej z najstarszych koleżanek mamy, Maren. Podobało mi się to. Lubiłem zapach produktów z kartonu i ich dotyk. Nie miałem jednak odwagi, aby zapytać, czy będę tu mógł kiedyś pracować. Zresztą wtedy pociągała mnie też fotografia. Poszedłem więc do szkoły fotografii, gdzie dużo czasu spędzałem w ciemni wywołując zdjęcia. Czasem dorabiałem też u Maren, nawet pracowałem w telewizji. Po paru latach widząc moje zainteresowanie zaproponowała mi pracę na stałe.

4 lata temu poszedłem na 3 letnie szkolenie do Hamburga. 1/4 czasu zajmowała nam nauka teorii, 3/4 to praktyka w firmie. W tym czasie dużo się nauczyłem i nabyłem doświadczenia. 

Niedawno moja znajoma Frederike dała ogłoszenie na Facebooku, że szuka współlokatora do swojego warsztatu introligatorskiego, który prowadzi od 2,5 roku. I tak to się mniej więcej zaczęło. Planujemy pracować razem przez rok, a jeśli będzie nam się dobrze układało rozpoczniemy wspólną działalność. Póki co pracujemy razem, ale mamy osobnych klientów. Uzupełniamy się i razem rozwiązujemy problemy. Jesteśmy po tym samym szkoleniu, ale na rzeczy patrzymy inaczej.   

Mam w sobie zamiłowanie do estetyki, które lubię rozwijać. Lubię też swoją pracę od strony praktycznej. Sprawia mi ogromną frajdę to, kiedy materializuję swój pomysł w oparciu o różne materiały, które posiadam. Przychodzi do mnie klient i ma wyobrażenie o tym, co chciałby posiadać. A ja to tworzę. Wykorzystuję swoją wyobraźnię i ręce. Robię coś od początku do końca. 

W fotografii było podobnie. Stawiałem sobie jakiś cel, do którego dążyłem. Miałem do dyspozycji aparat, szedłem robić zdjęcia, a potem je wywoływałem i mogłem ich dotknąć, doświadczyć. 

Teraz mam pomysł, papier, karton, tkaninę… Wszystko robię sam. Na koniec powstaje dzieło, które jest całkowicie zależne ode mnie, w 150%. Czasem jest mi wręcz smutno, że muszę to oddać.  

A nazwa Twojej firmy? Ryszard? Kim był i dlaczego Ryszard? 

Moja mama przyjechała do Berlina Zachodniego w 81 roku, ze statusem uchodźcy. To ciekawe, bo jej motywacją nie było lepsze życie, jak dla większości osób, w tamtych czasach. Jej marzeniem były podróże i chciała mieć możliwość zobaczenia świata. 

Pierwszy raz za granicę wyjechałem w 86 roku, miałem wtedy 4 lata. Pojechałem na wakacje do dziadka i babci, ale bez mamy. Za taki wyjazd wtedy by ją aresztowali. Dziadek pokazał mi jak jeździć samochodem. Dużo czasu spędzaliśmy na działce, zbieraliśmy grzyby… Był chemikiem z wykształcenia, potem dowódcą jednostki w Goleniowie. Wyrzucili go z wojska. Moja mama wyjechała z Polski nielegalnie, co było dla niego bardzo trudne. Wspierał ją mimo tego. 

Dziadek umarł w 2006 roku. Każde wakacje spędzałem kiedyś w Polsce, zanim zacząłem pracować.         

Jakiś czas temu znalazłem zdjęcie dziadka na motocyklu. Ryszard to było jego drugie imię. Podobało mi się jak brzmi po polsku. Postanowiłem tak nazwać firmę, ponieważ dobrze mi się to imię kojarzy. Mam dobre wspomnienia z wakacji. 

Czy Niemcy nie mają problemu z wypowiedzeniem nazwy Ryszard? 

Nie, raczej nie. 

A co lubisz najbardziej w swojej pracy i dlaczego?

Lubię dużo rzeczy w swojej pracy. Są to na pewno materiały – mnóstwo papierów, tkaniny do oprawiania, także te naturalne jak skóry. Lubię techniki takie jak hotfoil stamping, sitodruk, bo jest to obcowanie z formą sztuki. Lubię też tradycję, która stoi za introligatorstwem. Liczy sobie ponad 500 lat! Chodzę do starszych introligatorów, aby się od nich uczyć, a potem łączyć to, co stare z tym, co nowoczesne. Uwielbiam to łączyć i rozwijać się w tym procesie. To jest naprawdę ciągła nauka. 

Uczymy się też wzajemnie pracując z Frederike. Miałem do tej pory czterech mistrzów. Ona miała swoich, ale innych więc umie inne rzeczy. Można powiedzieć, że razem mamy teraz wiedzę ośmiu mistrzów (śmiech). W Niemczech są dwie szkoły, gdzie można chodzić na specjalne kursy. Jedna jest w Monachium, druga w Stuttgardzie. Jest też szkoła w Berlinie. Jeszcze inna, naprawdę specjalistyczna jest w Szwajcarii.

Trzeba sobie najpierw znaleźć firmę, która zgodzi się na to, aby pracownik jednocześnie się kształcił. Niestety firma nie płaci zbyt dużo, bo i praca jest w ograniczonym zakresie. Dostałem wsparcie od Państwa, ale w zasadzie tyle, co na przeżycie. Inaczej jest w przypadku szkolenia się na mistrza. Wtedy otrzymuje się stypendium i wsparcie finansowe na rozpoczęcie działaności. 

Ginie rzemieślnictwo, dlatego też można znaleźć w mieście plakaty zachęcające się do kształcenia w tym kierunku. 

A czy w Berlinie jest w ogóle zainteresowanie takimi usługami?

Tak, jest, chociaż mało kto wie, czym zajmuje się introligator. Wydaje im się, że to taki starszy mężczyzna w fartuchu, który szyje książki. A to przecież dużo więcej! To różne opakowania, pięknie oprawione portfolio… Czasami drukarnie podsyłają nam zlecenia wykonania wyjątkowych wizytówek, bo nie wiedzą do kogo taki temat podesłać. Jest coraz mniej introligatorów. A ci, którzy są kiepsko prezentują się na swojej stronie, mają słabe galerie. Strony te mają czasem po 20 lat!

Chcę to zmienić, bo można zrobić to dobrze. 

Myślę, że minęły czasy zachwytu digitalizacją. Ludzie mają komórki, komputery. Tęsknią za czym, co zostało zrobione ręcznie, jak lampa, stół, buty czy właśnie opakowania. Chcą mieć własny, niepowtarzalny album na zdjęcia. Duże ilości zdjęć elektronicznych przepada. A oni chcą trochę zatrzymać czas, napisać coś przy zdjęciu, popatrzeć na nie… 

Brzmi to jak marzenie… A właśnie, jakie są Twoje marzenia prywatne czy zawodowe? 

Chciałbym się jeszcze w życiu nauczyć innych zawodów. Przykładowo mógłbym być dmuchaczem szkła. Czy wiesz czym się taka osoba zajmuje? 

Brzmi to zabawnie, ale naprawdę są od tego ludzie. 

Albo mam takie video, na którym pokazane jest jak w Japonii drukują bardzo starą techniką na jedwabiu. 

Uwielbiam różne warsztaty, różne techniki, maszyny.. Mógłbym dużo podróżować i odwiedzać co chwilę nowe miejsca. Interesuje mnie cały świat. 

Chciałbym też przyjechać na dłużej do Polski. Są tu moje korzenie, mimo, że dorastałem w Berlinie i chciałbym nauczyć się lepiej języka (dodam, że mówi bardzo dobrze po polsku), a także poznać lepiej kraj. Interesują mnie lokalne rzemiosła. Kiedyś w wakacje byłem w Zakopanem i przyglądałem się robieniu oscypków i robieniu tradycyjnych ubrań. Ciekawi mnie tradycyjne budownictwo, mógłbym dowiedzieć się więcej na ten temat. Jak moja babcia była dzieckiem jej mama sama robiła len. Mógłbym też odwiedzić jakąś starą fabrykę.   

Ile kosztuje to, co robisz? 

Berlin rozwija się do światowej metropolii. Czynsze stają się coraz wyższe. Myślę czasem o tym, że być może kiedyś przestanie mnie stać na mieszkanie, w którym jestem. Ceny moich produktów zaczynają się od 50 euro. Nie mogę robić tego taniej, chociaż wiem, że dla wielu to może być dużo. Ale taki album to dużo pracy. Cena nie przeszkadza z kolei takim projektantom biżuterii, którzy zamawiają u mnie opakowania. 

Wraca trend, zamiłowanie do rzemiosła, ale to głównie dla tych, którzy mają pieniądze.

Czyli to dobra luksusowe? 

Można tak powiedzieć. Sam zbieram pudełka, kasety. Mam regał 6×3 metry pełen pudełek, które są puste. Lubię też dawać na prezent ładne pudełka, na przykład złote. Zbieram też rzadkie materiały, jak np. niebieskie rybie łuski. Albo papiery marmurowe, które wyglądają jak kamień. Na papier nakłada się specjalną żelatynę i farby. W ten sposób powstaje unikat. 

Jest też taka ryba płaszczka z kolczastym ogonem i papier na jej wzór. W Stuttgardzie jest taki specjalistyczny sklep, gdzie można kupić takie cuda. 

Powiedz mi na koniec, co Cię inspiruje?

Hmm… rzemiosło innych. Różni fotografowie. Także natura w mieście kiedy bardzo wcześnie przez nie przejeżdżam na swoim rowerze. Jest wtedy mało ludzi, ale są drzewa, miasto. Natura jest chyba moją największą inspiracją. Lubię przebywać w lesie. 

Inspiruje mnie też Berlin, bo jest kolorowy i bardzo różnorodny. Wystarczy być otwartym, a można dostrzec mnóstwo rzeczy. Mam wrażenie, że chodzę tyle lat tą samą ulicą, a za każdym razem spotyka mnie tu coś nowego.

Lubię też jak odwiedza mnie jakiś artysta ze swoją wizją. To mnie także inspiruje. Wtedy następuje między nami fajna wymiana. 

Super, życzę Ci dużo ciekawych zleceń i nowych inspiracji!

Share on

0 Comments

Leave a Comment